Skomentuj Jak oszczędzać na jedzeniu czyli optymalizacja eksploatacji, którego autorem jest Marlena

Do napisania dzisiejszych rozważań zainspirował mnie wpis na blogu Michała Szafrańskiego, który pisze bloga o oszczędzaniu. Artykuł zatytułowany „Ile przepłacasz na jedzeniu (…)” koncentruje się na oszczędnościach jakie można zrobić kupując to czy tamto albo tu albo tam i korzystając z promocji (które czasem okazują się  pseudopromocjami – samo życie). Konkretnie Michał bierze pod lupę deser „Monte”, który uwielbia jego syn, a i on sam podjada. Pisze: „Nie podejmuję się rozmawiać o tym czy to dobrze czy to źle. Nie o tym jest ten artykuł. Ten aspekt niech sobie analizują blogi żywieniowe”. No cóż, czuję się wywołana do tablicy  ;)

Ponieważ ten kto czyta mojego bloga wie, że sama nie lubię za nic przepłacać – poświęcę dzisiaj nieco czasu nie tyle na rozważaniach o braku zdrowotności „Monte” (bo z tego to chyba sam Michał zdaje sobie sprawę skoro napisał co napisał), ile skupię się na aspekcie funkcjonowania rodziny tak, aby sporo zaoszczędzić w skali roku.

Ci co pasjonują się samochodami wiedzą, że są takie blogi, w których hobbbyści wymieniają się doświadczeniami jak zoptymalizować eksploatację auta aby np. z każdej złotówki wydanej na każdego oktana paliwa wycisnąć jak najwięcej. Ja co prawda autami się nie pasjonuję, ale uwielbiam wyciskać jak najwięcej z każdej złotówki wydanej na żywność (czyli mojego paliwa na którym funkcjonuje mój „pojazd”) i generalnie rzeczy drogie i/lub trujące zastępować w domu wielokrotnie tańszymi i nieszkodliwymi (albo wręcz dobroczynnymi). Czyli ogólnie optymalizacja kosztów eksploatacji nie tylko swojego „pojazdu” ale domu i rodziny można rzec.

Takie mam hobby i czytelnicy mojego bloga z pewnością zdążyli się już zorientować, że największą satysfakcję sprawia mi łączenie przyjemnego z pożytecznym przy jednoczesnej maksymalnej do uzyskania optymalizacji kosztów. Jeśli przypomnicie sobie skuteczny dezodorant za 2 zł będący jednocześnie suplementem magnezu (zamiast drogich aptecznych preparatów magnezowych i wypełnionych szkodliwą chemią dezodorantów z drogerii) albo korzyści z codziennego picia wyciskanych w domu soków to właśnie tego typu rzeczy mam na myśli. ;)

Mam już (uff…) za sobą etap w moim życiu, w którym królowały słodycze (od których byłam uzależniona), produkty jedzeniopodobne z promocji, napoje gazowane, markowe (czyli w moim ówczesnym mniemaniu „dobre”) kosmetyki czy też apteczka pełna najróżniejszych suplementów i niestety… leków, bo przy takim trybie życia rzecz jasna zawsze się przydawały. Nic dziwnego – kto z Was słuchał wykładu Dr Dąbrowskiej ten wie, że jedna łyżeczka cukru paraliżuje nasz system immunologiczny na przeszło godzinę, ja przypuszczalnie byłam niechlubnym przypadkiem o którym mówi pani doktor – czyli miałam mój system odpornościowy sparaliżowany praktycznie niemal całą dobę, co skutkowało nawracającymi infekcjami, huśtawkami nastrojów, obniżoną energią życiową i jasnością myślenia.

Reszta rodziny podobnie jak ja też sobie nie odmawiała słodkiego jadła i napitku, chrupiących białych bułeczek, różowych szyneczek i wszelakiej żywności przetworzonej czyli tzw. tradycyjnych rozkoszy podniebienia od których uginają się sklepowe półki, obfitujących już nie tylko w cukier ale w całą tablicę Mendelejewa, więc chorowaliśmy nagminnie wszyscy, szczególnie młodszy potomek – jego pierwszy rok w przedszkolu to był horror: dwa dni w przedszkolu i dwa tygodnie w domu  z powodu choroby. Potem znowu dwa dni do przedszkola i znowu chory w domu i tak w kółko. Masakra! Non stop siąkający i pokasłujący. Zaśluzowany na maksa. Pompowany antybiotykami i w końcu zdiagnozowany do usunięcia migdałków przez pediatrę. Nie zgodziłam się, migdałki uratowałam mu potem siłami natury, od tamtego czasu dzieciak nie miał nawet kataru. To smutne wspomnienia i nie chcę do nich wracać.

Wydawało mi się wtedy, że jestem (a jakże!) świadomym konsumentem. Na bieżąco śledziłam promocje artykułów żywnościowych, porównywałam ceny i wielkości opakowań w sklepach itd. – wszystko to, o czym pisze Michał. Teraz z perspektywy czasu mogę to głośno powiedzieć: to NIE jest oszczędzanie na jedzeniu. To tylko działania pozorne i przynoszą mierne oszczędności w rodzinnym budżecie. Co oznacza prawdziwa optymalizacja kosztów funkcjonowania rodziny od strony żywienia i zdrowia to wiem dopiero teraz. Wierzcie lub nie – koszta te zostały przy naszym nowym stylu życia obcięte niemal o połowę.

Lubię i cenię blog Michała (a przy okazji i Wam polecam – świetny i bardzo wartościowy blog!), lecz jestem na takim etapie życia (i po otrzymaniu od niego tęgich kopów za popełniane błędy), że rozważania gdzie kupić taniej jakiś przetworzony (aka szkodliwy i nie przynoszący korzyści zdrowotnych) produkt już mnie nie interesują. Tak jak prawdziwego fana optymalizacji eksploatacji samochodu nie interesowałyby rozważania na której stacji benzynowej kupić taniej chrzczone paliwo. Bo jaki byłby sens jeździć na zanieczyszczonym czy w ogóle kiepskiej jakości paliwie tylko po to, by powodować szybszą degenerację części i potem biegać do mechanika?

Od czego zacząć? Od zmiany paradygmatu!

Czytałam niedawno bardzo interesującą książkę. Facet jest tak mądry, że chyba dołączy do grona moich życiowych mentorów obok Stevena Coveya czy Jima Rohna. Życia usłanego różami to on jednak nie miał, za młodu zaliczył wyrzucenie ze szkoły, uzależnienie od narkotyków, więzienie za kradzieże i rozboje i inne same niezbyt fajne rzeczy. Dziś jest cenionym mówcą motywacyjnym i ekspertem w dziedzinie rozwoju osobistego, za którym podążają miliony. Nazywa się Randy Gage, a książka nosi nieco kontrowersyjny tytuł „Why You’re Dumb, Sick and Broke…And How to Get Smart, Healthy and Rich!” , została wydana również po polsku – „Dlaczego jesteś głupi, chory i biedny oraz jak stać się mądrym, zdrowym i bogatym”. Autor pisze o tym, jak nasze wzorce myślowe wpływają na to jak żyjemy. To one de facto określają czy jesteśmy chorzy czy zdrowi, mamy pieniędzy dużo czy mało, podejmujemy mądre codzienne decyzje czy głupie.

Nawet decyzja o tym co włożyć do ust może być decyzją mądrą lub głupią. Czyniącą Cię zdrowszym lub od zdrowia Cię oddalającą. Czyniącą Cię finansowo bogatszym lub biedniejszym. Każda zresztą najmniejsza decyzja, bo nasz dzień składa się z setek malutkich decyzji, z tysięcy drobnych działań. Nowoczesny świat jest jednak pełen pokus, a w tle odbywa się walka o nasze dusze, nasze zdrowie i nasze pieniądze. O nasze przekonania. Dopóki jesteśmy uczepieni wpojonych nam wzorców myślowych i przekonań, będziemy myśleć że „tak musi być” i uważać obecny stan rzeczy za normalny – to że chorujemy, daliśmy się znowu zrobić w konia albo nie mamy wystarczającej ilości pieniędzy.

Mentalność ofiary jak przekonuje Randy Gage, w żadnej dziedzinie życia nie przynosi spełnienia, wpychając Cię w jeszcze gorszą biedę, chorobę i/lub  zniewolenie. Żyjemy ponadto w czasach w których bożkiem stała się natychmiastowa gratyfikacja. To nas niestety jeszcze tylko dodatkowo pogrąża, ten kult natychmiastowej gratyfikacji. Wystarczy jednak zmiana paradygmatu i uwolnienie się od starych i do niczego nieprzydatnych wzorców, aby szczęście, nieustające zdrowie i obfitość stanęła przed Tobą otworem. Nikt nie mógł tego lepiej napisać. Love you, Randy!

Dokładnie to zrobiłam (zmiana paradygmatu!) gdy pewnego dnia wzięłam do ręki wielki czarny foliowy worek i opróżniłam moje kuchenne szafki i lodówkę z niby-pożywienia. Nawet ciężko nazwać to „pożywieniem”. Bo niczego wielce pożywnego tak naprawdę tam przecież nie było. Mrożonki dań gotowych, biała mąka i ryż, cukier, słodzik, chemiczne przyprawy (vegeta, kostki rosołowe), żywność proszkowana i puszkowana, homogenizowana i sterylizowana, słodycze, napoje i gotowe soczki – to i wiele innego pseudożarcia poleciało do kosza. No mercy!

Że co, że  niby to jest hardkor? Hardkor to sprzedawanie ludziom przetworzonych produktów noszących nazwę „żywność” sugerującą, że będą ich one odżywiać. Tymczasem odżywiają one głównie kieszeń producenta, a nie Twoje ciało. Następnym natomiast hardkorem jest nabranie się na ten lep i kupowanie tego za własne, ciężko zarobione pieniądze.

Nutri…co?

W momencie robienia armageddonu w kuchennych szafkach nieprzydatnym dla mnie starym i szkodliwym wzorcem stała się wpojona mi swego czasu tradycyjna piramida żywieniowa (razem z mitami o tym co to znaczy „zdrowo się odżywiać”), a nowym wzorcem – podejście nutritariańskie: ile korzyści (w postaci substancji budujących zdrowie i odporność takich jak fitozwiązki, antyoksydanty, witaminy, enzymy i minerały) przypada na jedną kalorię tego co wkładam do swojego wnętrza i ile złotówek mnie taka jedna kaloria kosztuje, bo bardzo nie lubię być robiona w konia.

Nutritarianizm jako podejście do odżywiania zapoczątkował amerykański lekarz Joel Fuhrman w swojej książce „Eat to Live” (polskie wydanie ukazało się z tytułem „Jeść by żyć zdrowo”). Filozofia nutritariańska opiera się na tzw. skali ANDI (Aggregate Nutrient Density Index). ANDI to Wskaźnik Gęstości Odżywczej, który ocenia produkty żywnościowe pod względem ich wartości odżywczych w sensie zawartości najważniejszych dla zdrowia człowieka substancji, a więc błonnika, fitozwiązków, witamin, minerałów, enzymów, antyoksydantów wskali od 1 do 1000. Coś jak oktany w benzynie, ilość den w rajstopach, próba srebra lub złota, czy  inna skala pokazująca nam ilość „cukru w cukrze”

W filozofii nutritariańskiej to nie makroskładniki odżywcze (białka, tłuszcze i węglowodany – odpowiadające za kaloryczność pokarmu) stanowią o przydatności zdrowotnej pokarmu, one mają bowiem tak naprawdę drugorzędne znaczenie. Kluczowe dla naszego zdrowia są te substancje, które same w sobie kalorii nie mają – mikroskładniki odżywcze, czyli związki bez których nie byłby możliwy wzrost, naprawa, regeneracja, ochrona antynowotworowa, wytwarzanie energii i wiele innych funkcji fizjologicznych. To ma sens! Czy można sobie wyobrazić człowieka mogącego dożyć spokojnej starości spożywając: odżywkę dla sportowców (czyste białko), biały cukier (czysty węglowodan) i smalec (czysty tłuszcz)? Nie bardzo, prawda? Mimo tego, że pożywienie to mogłoby dostarczyć 2000 kcal i zalecaną przez dietetyków ilość białka, tłuszczu i węgli. Bez mikroskładników nie ma życia! I nie ma zdrowia czyli odporności na wszelkie choroby.

Oto tabelka z przykładowymi produktami: popatrz ile dziennie wrzucasz w siebie bezwartościowego dla Twojego organizmu pokarmu odżywiając się tradycyjnie (białe pieczywo, słodycze, napoje gazowane, nabiał, mięso, ziemniaki, zielonolistne warzywa tylko jako symboliczny dodatek). W stosunku do warzyw i owoców w tabelce podano wartości dla surowego pokarmu, weź pod uwagę zatem, że podsmażany na patelni szpinak nie będzie już miał 739 punktów w skali ANDI, a kompot z truskawek nie będzie miał ich 212. Spora część witamin czy cennych fitozwiązków ulega zniszczeniu podczas obróbki cieplnej.

:)

Żywność jednym słowem ma odżywiać. Jak sama nazwa wskazuje. Koniec, kropka. Nie ma lipy. Żadnych kompromisów. Przynajmniej nie na co dzień. Święta czy rodzinne uroczystości to co innego, można sobie pozwolić i uświętować ten dzień. Wyjątek od reguły jest OK, po to są święta. Ale robić sobie święta codziennie – nie, nie i jeszcze raz nie!

Nota bene o tym też mówiła dr Dąbrowska na wykładzie: współczesne społeczeństwa byłyby o wiele zdrowsze gdyby nie robiły sobie świąt codziennie, spożywając produkty które dawniej spożywało się OD ŚWIĘTA: słodycze, ciasta, białe pieczywo, słone przekąski, mięso, napoje gazowane i alkoholowe itd. Z pokarmów rekreacyjnych zrobiliśmy sobie pokarm codzienny. To kompletne szaleństwo! Ale to właśnie robimy. Moja babcia powiedziałaby w tym miejscu „w d*pach wam się poprzewracało od tego dobrobytu!” i miałaby świętą rację. Za balowanie przez 365 dni w roku po jakimś czasie organizm wystawi jednak słony rachunek do zapłaty. Nie licz na to, że będziesz sobie balować cały rok na jego koszt całymi latami i ujdzie Ci to płazem. Nie ujdzie. Natura ma swoje prawa, których nie przeskoczysz. Zasada „umiaru we wszystkim” którą propagują mainstreamowe media niestety też nie działa. Nie ma czegoś takiego jak jajeczko częściowo nieświeże. Albo żywisz swoje tkanki pokarmem najwyższej wartości albo nie. Jesteś 365 dni w rokuzdrowy albo nie.

Dzisiaj zresztą mamy sytuację taką, że nawet święta nie są już takie świąteczne. Nie przynoszą już takiej frajdy jak za dawnych czasów, stały się jałowe i nijakie i wcale na nie nie czekamy z takim utęsknieniem, jak to onegdaj bywało. Bo niby co tutaj można jeszcze wymyśleć? Mięso? Jadamy trzy razy dziennie w takiej czy innej postaci (na obiad, w zupie, jako wędlina do chleba). No dobra, na święta można je inaczej upiec i co z tego? Słodycze, cukier, ciasta? Sklepy są ich pełne i co rusz producenci wypuszczają jakieś kuszące nowości, kto Ci zabroni jeść codziennie, na święta też niby można kupić słodycze droższe (a najczęściej kupujemy te same, jedynie owinięte w „świąteczny” papierek z Mikołajem lub zajączkiem) albo ciasta jeszcze bardziej wymyślne i co z tego?  Białe pieczywo? Pierwsze białe bułki z oczyszczonej mąki czyli tzw. kajzerki upieczono dawno temu dla cesarza austriackiego (Keiser = cesarz), dzisiaj każdy może być cesarzem za psie grosze i mieć takie cesarskie, pachnące, chrupiące, cieplutkie białe bułeczki dzień w dzień i to całkowicie po taniości, dostępne w każdym pobliskim spożywczaku. Na święta kupujemy po prostu więcej chleba na zapas, ale jakiś specjalny to on nie jest, zresztą mało kto się tam chlebem przejmuje, chleb to chleb, no może ten ciemniejszy zdrowszy i tyle. Nie jest tak? W większości polskich rodzin tak właśnie jest! W mojej też tak kiedyś było.

Ile kosztowały mnie codzienne święta?

Wcześniej przy rodzinie 2+2 tak jak u Michała schodziło mi na miesiąc 1800-2200 zł na jedzenie (w tym ok. 200-250 zł na same słodycze czyli podobnie jak u Michała). Do tego ok. 150- 200 zł na miesiąc czyli też podobnie jak u Michała, zajmowały wydatki w pozycji „Opieka zdrowotna” (przez ostatni rok Michał na tę pozycję domowego budżetu wydał ok. 2386 zł, co wyliczyć można z jego publikowanych na witrynie raportów – dziękuję, Michale!). Po zmianie stylu życia moje wydatki na jedzenie (ponieważ teraz kupuję już jedynie prawdziwe jedzenie) wynoszą 900-1200 zł miesięcznie, wydatki na pozycję „Opieka zdrowotna” przez ostatni rok (!) wyniosły  u mnie tyle co kiedyś miesięcznie, niecałe 170 zł (zawartość mojej apteczki na dzień dzisiejszy: witamina C, chlorek magnezu, srebro koloidalne, węgiel lekarski, krople miętowe, jodyna, plastry. Koniec.).

;)

Pojęcia wcześniej nie miałam o tym, że jedzenie ma znaczenie. Różnicy pomiędzy prawdziwym jedzeniem a produktem udającym jedzenie nie dostrzegałam, szłam „za tłumem” czyli kupowałam „to co wszyscy” albo to co wmówiła mi reklama, że muszę koniecznie spróbować. Kierowałam się smakiem, ceną, oszczędnością czasu czy tradycją – temat nutritariańskiego wyciskania maksymalnej wartości zdrowotnej z każdej złotówki wydanej na gęstość odżywczą przypadającą na 1 kcal był mi obcy. Odporność? Byłam jak większość ludzi przekonana, że wystarczy się suplementować by wzmocnić organizm (o czymś takim jak post Daniela jeszcze wtedy nie wiedziałam). Nie kojarzyłam zresztą w najmniejszym stopniu dotykających nas infekcji z tym co jemy. Nie byłam też świadoma tego, czego jestem świadoma dzisiaj: że mając silny system immunologiczny nie mielibyśmy najmniejszych nawet szans chorować na cokolwiek, nawet na katar. Przecież na jesieni wszyscy chorują, bo jak wiadomo szaleje grypa, więc „to normalne”, prawda?

Teraz wiem, że normalne to jest być zdrowym cały rokPrzewlekle, uporczywie i non stop zdrowym, nawet jak się stanie w kichającym i kaszlącym tłumie. To tamci są odchyłami od normy. Bo normą ZAWSZE jest zdrowie. Jeśli urodziłeś się zdrowy to Twoim naturalnym stanem i naturalnym prawem jest być zdrowym przez całe życie! A myśmy sobie dali po prostu wprogramować w umysły, że to „normalne” złapać grypę jesienią. Tymczasem to nie jest wcale normalne! Normalne to jest wydawać na domową apteczkę 200 zł rocznie,  a nie miesięcznie, zaś na jedzenie tysiąc złotych a nie dwa, tak w dużym uproszczeniu. Jak teraz pomyślę, ile pieniędzy mi „popłynęło” przez te wszystkie lata to… eh, co tu dużo gadać… Mądra Matka Polka po szkodzieANDI

Już pod koniec sierpnia korporacje farmaceutyczne zaczynają nas bombardować telewizyjnymi i radiowymi reklamami środków na grypę i przeziębienie, jakby oczekując tego, że zaraz kupimy – tak choćby na wszelki wypadek uzupełniając apteczkę, aby być w pełnym rynsztunku przed „atakiem grypy”. I ludzie idą i kupują. 

Mamy wprogramowaną w umysły mentalność ofiary – nie mam wpływu na atakujące wirusy, to muszę się zabezpieczyć lekami bo jak mnie te wirusy dopadną to… Lepiej wykupić indywidualną polisę od zachorowań, bo te raki i zawały teraz tak szaleją, że… Ja swoją wykupioną w „starych czasach” polisę od ryzyka zachorowań na ileś tam chorób cywilizacyjnych i związanych z nimi zabiegów zlikwidowałam w zeszłym roku, czym zaoszczędziłam do tej pory ponad 3 tys. zł!

Pozbyłam się mentalności ofiary. Opuściłam moją strefę komfortu. Ale to było zbawienne dla dalszego ciągu całego mojego życia, w każdym jego aspekcie. Gdybym tego wtedy nie zrobiła to nie byłoby mnie teraz tu w tym miejscu, nie pisałabym dla Was, a Wy nie moglibyście teraz czytać tego co dla Was piszę (korzystając z okazji bardzo dziękuję Wam za to, że mnie czytacie i komentujecie to co piszę!). Więc jednak  – było warto opuścić swoją strefę komfortu, pod każdym względem było bardzo warto.

To co Ty właściwie jesz i gdzie to kupujesz?

W komentarzach prosiliście aby opisać jak żywię się na co dzień. To, że tanio to już wiadomo apteczka
Gdzie kupuję to co jemy całą rodziną? Tam gdzie mam pod ręką. Nie mam co prawda jakiejś szczególnej fobii na tle „organicznego” jedzenia i nie szukam z obłędem w oczach warzyw koniecznie niepryskanych, ale ZAWSZE wtedy gdy MAM wybór pomiędzy pryskanymi i organicznymi wybieram rzecz jasna te drugie. Z tych pierwszych usuwam pozostałości pestycydów za pomocą roztworu wodnego o wysokim pH. Wychodzę z założenia, że lepiej zjeść warzywo konwencjonalnie uprawiane aniżeli żadne. Po stanie zdrowia moim i członków rodziny widać, że jest to założenie słuszne.

Mam też skromną hodowlę własną: szczypiorek, różne zioła, stewię w doniczkach, trawę pszeniczną, zaś odkąd mamy też niewielki ogródek przy domu, to w ogródku Mąż w tym roku hodował pomidory, ogórki, różne sałaty i paprykę – wcześniej hodował na balkonie. Zbiory na razie marne, jesteśmy początkującymi hodowcami, ale sama frajda jest olbrzymia. No i bez chemii! :(
Oczywiście na bieżąco hoduję też kiełki, to łatwe, szybkie i dużo tańsze niż kupować sklepowe.

Zaprzyjaźniłam się też z dwoma działkowcami – wystarczyło pogadać i wyrazić chęć zakupu ich płodów rolnych, bardzo chętnie się zgodzili, a ceny u nich zacne (czasem ułamek ceny rynkowej), czasem wpadnie nawet coś za darmo (na zasadzie przyjedźcie i pozbierajcie jabłka co spadły, bo jak nie to się zmarnują, a szkoda). Jeden ze znajomych ma rodzinę na wsi i czasem przywozi nam jakieś warzywa albo wiejskie jajka, mleko prawdziwe prosto od krowy kupuję świeże od rolnika (7 zł/5l) albo z mlekomatu (3 zł/1l), robię z niego zsiadłe, jogurt albo domowy twarożek. Resztę kupuję tam gdzie się da: w pobliskim warzywniaku, na targu, czasem w markecie. Nie wszystko zresztą można dostać lokalnie, cytryn na przykład zużywam bardzo dużo, a one u nas nie rosną. Choć generalnie tropikalnych owoców kupuję raczej niewiele (więcej kupuję ich zimą, np. cytrusy), wolę sezonowe krajowe (tych jem więcej latem).

Migdały i orzechy, suszone owoce i nasiona, ksylitol, kasze, płatki, mąkę na chleb a także sodę oczyszczoną do użytku domowego kupuję zawsze tanio hurtem w dużych (np. kilogramowych) opakowaniach (to się nie psuje tak szybko), sporo kupuję przez internet. Miód z pobliskiej pasieki mam na telefon (28 zeta za duży słój, kilka rodzajów do wyboru), bartnik ogłaszał się na Allegro i  w ten sposób na niego wpadłam. Oleje nierafinowane (kokosowy i lniany budwigowy) kupuję w pobliskim sklepie ze zdrową żywnością (mam już tam rabat jako stały klient). Gdy mam wybór wolę rzecz jasna wszystko ekologiczne, ale nie rozdzieram szat gdy certyfikatu eko na opakowaniu nie ma. Unikam przetworzonej „zdrowej żywności” (makarony, paszteciki, „zdrowe” słodycze i inne jakieś cuda).

Generalnie lubię hurt bo to oznacza taniość. ;)
To co można (czyli to co się szybko nie psuje) zawsze więc kupuję w dużych i tanich opakowaniach.  Również w Rossmanie mają spory wybór ekologicznej żywności i czasem bardzo dobre promocje, mają też dobrej jakości naturalne kosmetyki z serii Alterra w znakomitych cenach (np. szampon czy odżywka do włosów ostatnio 6,99/200ml). Jednak temat jak oszczędzać na kosmetykach i środkach czystości używając tanich naturalnych zamienników to temat na osobny wpis. A naprawdę na tym zaoszczędzić można w skali roku bardzo dużo, w tej chwili podobnie jak w pozycji „Opieka zdrowotna” moje wydatki na kosmetyki i środki czystości stanowią dosłownie ułamek tego co wydawałam kiedyś. Dziś jednak mowa o jedzeniu.

U mnie nie ma dnia bez sałatki. W takiej czy innej formie sałatka musi być! Nawet jeśli to koktajl (dodanie nawet sporej garści szpinaku do kotajlu nie zmienia wbrew pozorom jego smaku). Zielonolistne rządzą jednym słowem i w moim menu znajdują się codziennie: rozmaite kapusty, sałaty, brokuły, brukselka itd. Czasem jako dorosłe osobniki, czasem jako kiełki. Latem nie mam dylematu czy jeść na surowo czy gotowane, po prostu gotowanego w upalne dni nie bardzo się chce. Natomiast zimą więcej jest zup, warzyw na parze lub duszonych (czasem z brązowym ryżem).

Nabiału jadam niewiele, domowy twarożek lub nabiał naturalnie fermentowany, mleko biorę jak wspomniałam z mlekomatu (mapkę z mlekomatami znajdziesz tutaj, zobacz gdzie masz najbliższy) albo od rolnika, czasem jakieś wiejskie jajko wpadnie, masła kupuję niewiele, najczęściej Kerrygold, z mleka od krówek które pasły się trawą. Za mięsem już jakoś nie tęsknię ;)
zresztą w skali ANDI nie ma ono mi wiele do zaproponowania. Ryba okazjonalnie się trafi (szczególnie latem jak jadę nad morze to nie odmówię sobie takiej „świeżo z morza”, oczywiście też w wigilię).

Pieczywa jadam niewiele, tylko swojej roboty na naturalnym zakwasie, piekę więcej na zapas i od razu po wystygnięciu mrożę przekrojone na pół bochenki, wtedy nie wymagają odmrażania w piekarniku, a są po odtajaniu  jak świeżo wyjęte z pieca :)

Ponieważ nie lubię (i z uwagi na pracę nie bardzo mogę) spędzać przy garach za wiele czasu, wszystko co szykuję musi być ekspresowe (na max. 15-20 minut mojej roboty w sensie fizycznego zaangażowania). No i nie obciążać mi domowego budżetu, a mieć wysoki punktaż ANDI, bo tu nie ma lipy, ja karmię swoje ciało, czyli jak mówił Jim Rohn – jedyne miejsce jakie mam do życia. Tanio nie może więc w tym wypadku oznaczać mało odżywczo. I nie oznacza! Jak widać – da się. ;)

Warzywa korzeniowe (marchew, buraki), warzywa kapustne, ogórki, sałaty, nasiona na kiełki (zbawcze zwłaszcza w środku zimy), cebula i czosnek, strączkowe – to wszystko jest dostępne w zasadzie cały rok i przy tym tanie, bo obciążone bowiem zwróćcie uwagę niskim podatkiem VAT 5% a nie 23% jak np. słodycze czy kawa – to premia podatkowa od państwa za Twoje mądre pokarmowe wybory, bo nie będzie ono musiało potem inwestować w Twoje leczenie z różnych chorób jak będziesz jadł warzywa i owoce. Czyli znowu mam to co lubię najbardziej – przyjemne z pożytecznym, bo premia podatkowa to coś, co misie owszem lubią i to bardzo :)

Raczej nie kupuję na siłę warzyw pozasezonowych, bo w zasadzie każda pora roku ma coś do zaoferowania. Rzecz jasna najciężej jest zimą, ale i wówczas można podratować się kiełkami albo zapasami które zamroziliśmy lub schowaliśmy do słoików (unikam kupowania słoikowanej gotowizny, nawet do tartych buraczków jest dodany wszędobylski cukier lub syrop fruktozowo-glukozowy, ja je natomiast robię z odrobinką ksylitolu na zimę, ponieważ cukru u mnie w domu niet, ma bana na wieczne czasy). Gdy coś robi się drogie (bo mija sezon) to przerzucam się na coś tańszego sezonowego. Kalendarz sezonowości warzyw i owoców znajdziesz tutaj.

Zbawienne dla naszych zdrowych jelit probiotyki czyli kiszone warzywa robię w domu, nie zabiera to wiele czasu, kiszą się same, a buraki, kapusta czy ogórki nie są drogie. Czasem nastawiam kiełki na rejuvelac. Przetworów nie robię dużo (czasem jakieś tarte buraczki, kiszonki na zimę albo domowa konfitura na ksylitolu), niektóre rzeczy mrożę (np. papryka, która zimą osiąga bajońskie ceny, a z owoców maliny i borówki).

:)

Filiżanka kawy, kieliszek alkoholu, kromka białego pieczywa czy szklaneczka napoju gazowanego zarezerwowane są na bardzo wyjątkowe okazje (święta, uroczystość rodzinna), podobnie jak cokolwiek zawierającego cukier (w domu szybkie i zdrowe ciasta i desery robię sama, bez grama cukru, przepisy znajdziesz tutaj). Unikam zresztą tych pokarmów i napojów ponieważ od razu mój organizm reaguje. Odzwyczaił się już od „tych rzeczy” ;)
Pamiętacie wasz pierwszy w życiu kieliszek czystej wódki? Wasz pierwszy wzięty do ust papieros? Albo pierwszą w życiu kawę? No to takie ja mam mniej więcej uczucia: paskudztwo, kurczę jak ja mogłam całymi latami…. no nie do wiary po prostu… kapusta

 Moja piramida żywieniowa wygląda podobnie jak proponuje to dr Fuhrman (choć latem jak wspomniałam dużo więcej darów natury spożywam na surowo, a zimą więcej na ciepło): podstawa mojego żywienia to różnokolorowe warzywa (Fuhrman zaleca 50% surowe 50% gotowane, z naciskiem na zielonolistne i bez wysokoskrobiowych jak np. ziemniaki bo te się nie wliczają tutaj).

;)

Warzywa i owoce spożywam również w postaci pitnej (świeżo wyciskane soki czy koktajle) – dodam, że zakup wyciskarki wolnoobrotowej bardzo szybko mi się zwrócił! Soki warzywno-owocowe robię podobnie jak pieczenie chleba: wyciskam zbiorczo hurtem na cały dzień, dodaję płaską łyżeczkę na litr antyoksydanta i witaminizatora w postaci kwasu L-askorbinowego, dzięki czemu soki zachowują świeżość  w lodówce na 24-48 godzin, wlewam do szczelnych butelek po Frugo, dziecku zaś daję sok w stalowym termosie do szkoły.

Następnie owoce i strączkowe, dopiero potem zbożowe produkty pełnoziarniste, orzechy i nasiona oraz zdrowe tłuszcze. Produkty odzwierzęce 1-2 razy w tygodniu lub rzadziej. Pokarmy i napoje rekreacyjne – od wielkiego święta czyli okazjonalnie.

Dwa razy w roku robię dłuższy post Daniela + kilka dodatkowych „przypominajek” gdy tylko czuję, że „spadają mi osiągi” – to dla mnie znak, że czas podnieść wydajność systemu czyli  oczyścić układ spalania, wydechowy i napędowy, naładować akumulator itd. ;)
  – że pozwolę sobie znów nawiązać do terminologii motoryzacyjnej.

Bo przecież nie żyję w szklanej bańce. Mieszkam w mieście, codziennie wdycham pełne rozmaitego paskudztwa powietrze, a i zjeść konwencjonalnie uprawiane jarzyny czy owoce też się przecież trafi. Więc oczyszczanie to nie jakaś fanaberia lecz czysta konieczność i – nie będę ukrywać – czysta przyjemność jednocześnie. Zawsze bowiem po tym czuję się jak nowo narodzona, podobnie jak Mąż (dzieci nie, bo postu Daniela im nie wolno, natomiast na podniesienie odporności u dzieci polecam książkę dra Fuhrmana „Zdrowe dzieciaki. Jak odżywiać dzieci, by były odporne na choroby” – metoda działa! Chorowitemu wcześniej synkowi uratowałam jak już wspomniałam migdałki przed wycięciem).

Gdy organizm jest czysty i odżywiony „wysokooktanowym” pokarmem to zaczynają dziać się cuda. Prawdziwa magia. Podnosi się energia, podnosi się odporność na stres, regulują się wszelkie hormony, powraca ochota na seks w dawnym stylu ;), skóra nabiera wyjątkowej jędrności ipromienności więc nie potrzebuje aż tylu kremów, oszczędzamy też wtedy wyjątkowo sporo pieniędzy, bo wtedy je się jedynie warzywa i niektóre owoce i nic więcej. Do oporu ale tylko warzywa. I to głównie te krajowe i tanie: korzeniowe, kapustne, kiszonki itd. Oprócz tego, że taki styl życia nam daje dodatkowe oszczędności pieniężne w skali roku, to daje nam też korzyści zdrowotne jakie trudno przeliczyć na pieniądze. Wydłużenia życia i poprawy jego jakości trudno bowiem przeliczyć na pieniądze. To wartości bezcenne, za wszystko inne zapłacisz kartą piramida

Dodatkowa korzyść – czas

Co byś zrobił gdyby Twoja doba miała zamiast standardowych 24 godzin aż 26 lub 27? Aco byś powiedział na 28?Jak wykorzystałbyś ten dodatkowy czas? Wszyscy narzekają, że „doba jest za krótka”. Wszyscy cierpią na permanentny brak czasu! Nie, kochani, to nie doba jest za krótka, tylko my za długo śpimy. Sen jest bardzo ważny i jest naszym „wewnętrznym lekarzem” i strażnikiem zdrowia. Jednak zdradzę przy okazji mały sekret: regularnie oczyszczając ustrój z toksyn i odżywiając się nutritariańsko – spada fizjologiczne zapotrzebowanie na sen. Organizm nie tylko poprawia wchłanianie tego co dostaje, ale też nie musi przeznaczać energii na trawienie i metabolizowanie niewłaściwego jedzenia czy w ogóle bronienie się przed tym co mu robisz, ani też na odżywianie złogów (lub nie daj Boże pasożytów) i oddaje Ci niezużytą energię z powrotem – proszę, mnie niepotrzebna. Możesz ją wykorzystać do czego żywnie Ci się podoba.

Ja kiedyś mogłam jak to mówią „spać za pieniądze”, osiem godzin było mi mało, z wytęsknieniem oczekiwałam zawsze weekendu (nareszcie można dłużej pospać!), po otwarciu zaś rano oczu pierwszą rzeczą po jaką sięgałam była kawa. Bez tego ani rusz. Teraz wystarczy mi 5-6 godzin snu (tuż po zakończeniu oczyszczającego postu zapotrzebowanie skraca się nawet do 4-5 godzin), a kawy absolutnie nie potrzebuję do niczego, bo otwierając po przebudzeniu oczy mam od razu jasność umysłu i „powera” lepszego, niż jakbym wypiła dużą butlę Redbulla. Mój dzień zaczynam od szklanki czystej wody lub wody z wciśniętą połówką cytryny.

Podsumowując bilans korzyści i strat jest następujący.

Korzyści:

– podniesienie energii życiowej i sprawności seksualnej

– naturalna odporność na zachorowania na cokolwiek (od kataru po nowotwór),

– wydłużenie doby (więcej czasu można przekuć na więcej pieniędzy lub na więcej przyjemności, w zależności od zapotrzebowania),

– likwidacja indywidualnie wykupionych polis ubezpieczeniowych związanych z ryzykiem zachorowania,

– oszczędności na kosztach utrzymania (żywność, kosmetyki i środki czystości),

– dodatkowe pieniądze oszczędzamy na lekach i suplementach, bo stają się zbędne

– dodatkowo dostajemy premię podatkową od państwa (kupujemy towary nisko opodatkowane) i odciążamy je od kosztów naszej opieki zdrowotnej teraz i w przyszłości.

– przestajemy bać się „starości” i łączyć ją ze straszliwymi chorobami

To korzyści dające tak lubianą przez wszystkich NATYCHMIASTOWĄ gratyfikację. Ale jest jeszcze

– gratyfikacja odroczona: przedłużenie życia – w dodatku w stanie przewlekłego, nieustającego i niczym niezmąconego zdrowia.

Straty:

– wyjście ze swojej strefy komfortu (boli, ale się opłaca!)

– pozbycie się wprogramowanych w umysł uwarunkowań, przekonań i mitów (niełatwe, ale możliwe i przynosi wymierne korzyści w wielu dziedzinach życia)

 Z perspektywy czasu powiem tak: wszystko musi być na swoim prawidłowym miejscu i wszystko ma swoją skalę ważności/pilności. Nutritarianizm mogłabym przyrównać do genialnego systemu GTD (Getting Things Done – system zarządzania czasem), ale w stosunku do tego co wkładamy do środka jako nasze paliwo. Czyli najpierw najpilniej musimy dostarczać do organizmu najważniejsze: warzywa zielonolistne, potem warzywa twarde w różnych kolorach, potem owoce, potem zboża, orzechy i nasiona, na samym końcu produkty odzwierzęce (oczywiście jeśli jesteś zagorzałym weganinem pomiń je). To co dała nam natura – ma pierwszeństwo przed czymkolwiek innym, bo to jedynie tam umieściła ona cenne dla naszego zdrowia, życiodajne i chroniące nasz system immunologiczny substancje. To co wytworzył czy przetworzył człowiek – już jest tylko mierną tego namiastką, nie jest i nigdy nie będzie tym idealnym i kompatybilnym pokarmem dla naszego ustroju (również będącego nota bene dziełem natury, a więc podlegającego Jej Niezmiennym Prawom).

Bo natury zastąpić w produkowaniu żywności jeszcze nie umiemy. Potrafimy latać na Księżyc i gadać ze sobą bez kabla na tysiące kilometrów, ale nie umiemy jeszcze wziąć tyle i tyle witamin, tyle wody, tyle minerałów, tyle błonnika i wyhodować sobie z tego zlepka truskawkę czy marchew. Takie umiejętności posiada jedynie Matka Natura. Zatem korzystajmy z tego co nam daje, a sami zajmijmy się swoją robotą korzystając z tego, że nam się magicznie o kilkanaście procent wydłużyła doba! Do zdobycia są kolejne planety, do wymyślenia kolejne wspaniałe wynalazki.

Niech każdy robi to co umie najlepiej – natura niech robi dla nas papu, a my jak śpiewał ongiś Wojtek Młynarski – róbmy swoje czyli cieszmy się (zdrowym i nieustająco szczęśliwym) życiem. I tego Wam wszystkim z całego serca życzę!;)

Article source: http://hiperia.org/component/k2/item/107073-skomentuj-jak-oszczędzać-na-jedzeniu-czyli-optymalizacja-eksploatacji-którego-autorem-jest-marlena