Skończyły się żarty, zaczęły się schody” – miał powiedzieć generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski, schodząc z przyjaciółmi po schodach z mieszkania, w którym odbywało się zakrapiane przyjęcie. Podobnie jest i w życiu politycznym, kiedy to przedwyborcze obietnice prędzej czy później muszą być skonfrontowane z rzeczywistością. A właśnie ten moment nadszedł, bo właśnie rząd zatwierdził projekt budżetu na bieżący rok. Przewiduje on dochody na poziomie 313 788 526 tys. zł, a wydatki na poziomie 368 528 526 tys. zł, co oznacza, że tegoroczny budżet zamyka się deficytem na poziomie 54 740 mln zł. A skoro jest deficyt, to znaczy, że i wzrośnie również dług publiczny, bo dług publiczny jest następstwem kumulujących się corocznych deficytów budżetowych. Obecnie wynosi on ponad 1,4 bln złotych, powiększając się w tempie około 5 tys. złotych na sekundę, ale ukryty dług publiczny jest ponad dwukrotnie większy. Roczny koszt obsługi długu publicznego wyniesie ponad 56 miliardów złotych (dla porównania – koszt 10-letniego programu modernizacji sił zbrojnych wynosi 140 mld złotych). Jeśli podzielimy te 56 miliardów przez liczbę Polaków rzeczywiście mieszkających w Polsce (ok. 35 mln), to na obywatela przypada 1700 zł. Oznacza to, że typowa, 5-osobowa rodzina, tylko z tytułu obsługi długu publicznego musi oddać lichwiarskiej międzynarodówce co najmniej 8 500 zł – a przecież są jeszcze podatki, składki na ubezpieczenie społeczne i zdrowotne, różne opłaty i tak dalej.

Dopiero na tym tle nie tylko można zrozumieć przyczyny, dla których tylu ludzi w Polsce nie jest w stanie odczuć dobroczynnych skutków wzrostu gospodarczego, ale również i ocenić charakter sztandarowego rządowego projektu w postaci 500 złotych na drugie i kolejne dziecko – bo jeśli dochód nie przekracza 800 zł na osobę – to już na pierwsze. Właśnie Komitet Stały Rady Ministrów przyjął projekt stosownej ustawy, co zostało ogłoszone na specjalnej konferencji prasowej, zwołanej, jak się wydaje, również po to, by zatrzeć wrażenie rozbieżności wywołanej wcześniejszą wypowiedzią ministra finansów Pawła Szałamachy, który zwrócił uwagę, że w projekcie budżetu przeznaczono na ten cel o 200 mln złotych za mało. Podczas konferencji okazało się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku i brakujące 200 mln „się znajdzie”. Stosowna ustawa ma wejść w życie już w kwietniu, no a potem rozpocznie się wypłacanie pieniędzy w miarę spływu wniosków. Te wnioski będzie musiała ocenić armia urzędników, która posprawdza zarówno poziom dochodu na rodzinę, jak i policzy dzieci – żeby wszystko było jak się należy. W rezultacie koszty całej operacji okażą się wyższe, a i tak nie da się wszystkich udelektować.

Właśnie 9-letnia Julia, przy pomocy tatusia napisała do pani premier Beaty Szydło list zwracający uwagę na niesprawiedliwość, jaka w związku z rządowym programem „Rodzina 500 plus” ją dotknie – bo jej siostra, będąca drugim dzieckiem w rodzinie dostanie 500 złotych, podczas gdy ona – nie. Widać, że o sprawiedliwości społecznej ładnie się tylko mówi, a jak przychodzi co do czego, to sprawdza się stare przysłowie, że „jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził”. Warto dodać, że żeby siostra Julii dostała swoje 500 złotych, to rząd najpierw będzie musiał je odebrać jej tatusiowi – bo wprawdzie wydatki te mają być sfinansowane z podatków płaconych przez supermarkety i banki, ale ponieważ wszystkie podatki są przerzucalne na konsumentów, więc ostatecznie, tak czy owak, koszty tych wszystkich dobrodziejstw poniesie tatuś i mamusia, którzy oprócz tego będą musieli wyżywić rozrastającą się armię naszych zadowolonych z siebie dobroczyńców, którzy byle czego nie zjedzą, bo – jak to w podsłuchanej rozmowie z szefem CBA, panem Wojtunikiem ujawniła pani Elżbieta Bieńkowska – „tylko idiota pracuje za mniej, niż 6 tysięcy miesięcznie”. Od razu widać, że w naszym nieszczęśliwym kraju idioci stanowią przytłaczającą większość, co w warunkach demokracji politycznej musi wywołać opłakane skutki. Ale skoro większość wierzy w sprawiedliwość społeczną, to nie ma rady; taki los wypadł nam.

Jak widać, również „dobra zmiana” ma swoje plusy dodatnie i ujemne – o czym mógł przekonać się pan Tomasz Arabski. Niedawno został odwołany z funkcji ambasadora w Madrycie, dokąd został w swoim czasie przeflancowany by mógł zejść z linii strzału – ale co ma wisieć, nie utonie. Właśnie niezawisły sąd uznał zasadność argumentacji grupy rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej i odmówił umorzenia postępowania karnego między innymi przeciwko panu Tomaszowi Arabskiemu który będzie musiał stanąć przed niezawisłym sądem pod zarzutem niedopełnienia obowiązków w związku z przygotowaniem podróży prezydenta Kaczyńskiego i delegacji na uroczystości rocznicowe do Katynia w kwietniu 2010 roku. Wprawdzie niezależna prokuratura i wcześniej dopatrywała się w działaniach dygnitarzy równych zaniedbań, ale nie mogła dopatrzyć się w nich znamion przestępstwa i postępowanie umarzała, podczas gdy niezawisły sąd nie umorzył. Czy przekonała go argumentacja oskarżycieli, czy też zmiana na stanowisku ministra sprawiedliwości – tajemnica to wielka, której nie śmiem nawet odkrywać.

Czyż muszę przypominać, że generał Sławomir Petelicki, zanim odwiedził go seryjny samobójca, zdążył przecież ujawnić, iż zgoda na zastosowanie konwencji chicagowskiej przy badaniu przyczyn katastrofy smoleńskiej zapadła w „trójkącie”: Donald Tusk, Paweł Graś i Tomasz Arabski? Jeśli tak rzeczywiście było, to nieomylny to znak potwierdzający, że przynajmniej wtedy prawdziwa hierarchia władzy była zupełnie inna, niż hierarchia konstytucyjna, bo z tego „trójkąta”, przypominającego jakąś „trójkę” NKWD, tylko Donald Tusk był konstytucyjnym członkiem Rady Ministrów, podczas gdy pan Graś był zaledwie rzecznikiem rządu, zaś pan Arabski – szefem Kancelarii Premiera. Podobna sytuacja panowała w Polsce w czasach stalinowskich; jak wspomina Stanisław Mikołajczyk w książce „Gwałt na Polsce”, na czele prawdziwego rządu stał wtedy generał NKWD Iwan Sierow, na drugim miejscu w hierarchii stał szef NKWD w sowieckiej ambasadzie, na trzecim – ambasador Lebiediew, a na czwartym – Jakub Berman, formalnie piastujący skromne stanowisko wiceministra.

Skoro teraz pan Tomasz Arabski ma stanąć przed niezawisłym sądem, to czy to oznacza, że RAZWIEDUPR zaczyna wyrzucać murzyńskich chłopców z bezpieczniackiej pirogi? Gdyby tak było rzeczywiście, to lepiej rozumiemy przyczyny, dla których książę-małżonek, czyli były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski zadekował się aż na Harwardzie, jako profesor. „Na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności” – przypomina poeta. Pociąga to za sobą konieczność wzmożonej czujności, a takie psychiczne napięcie, w dodatku połączone z obawą utraty alimentów z publicznej kasy, rodzi frustrację, manifestującą się wybuchami złości. Najwyraźniej w takim stanie pani Krystyna Janda zdiagnozowała u pani posłanki Krystyny Pawłowicz „klimakterium w ostrym stadium”. W salonie, co to nie ma podłogi, wywołało to konfuzję, bo pani Paulina Młynarska panią Jandę skrytykowała, podczas gdy pan Jacek Poniedziałek, obok prezydenta Biedronia czołowy tubylczy sodomita, uznał to za znakomity „żart”, „dowcipny, inteligentny, a nawet poruszający”. Ciekawe, czy sodomici też przeżywają klimakterium, a jeśli tak, to czy pada im ono tylko na genitalia, czy również na mózg. No bo żarty – żartami, ale badanie takich osobliwości mogłoby niesłychanie wzbogacić medycynę – o ile oczywiście w ustawie budżetowej preliminowano by na to jakieś środki.

Article source: http://pikio.pl/dodatnie-i-ujemne-plusy-dobrej-zmiany/